"To krótkie opowiadanie Jacka Dehnela stało się dla mnie kierunkowskazem, inspiracją do malowania i aranżacji wystawy. Bardzo serdecznie polecam przeczytać całość na trwającej wystawie w wilanowskiej galerii  T L E N"

Piotr Szczur

Fuck, trudno złożyć z tego jakąś fabułę. Fragmenty, oderwane od siebie fakty, zmieszane. Żadne tam zimne Fargo, dokąd można się zapędzać tylko w pionierskim futrze. Raczej południowo: od parnej Florydy, przez teksańskie Frisco aż do rozpalonego Folsom z jego kalifornijskim, więziennym fasonem. Śródlądowa flauta. Upalna furia, grube fahrenheity.

 

Z rzadka migają wypasione fury, znacznie częściej – rodzinne fordy i poczciwe furgonetki farmerów; sam mijasz foodtrucki sprzedające frytki, fajitas i tym podobne frykasy. Przed sobą widzisz amerykańskie fantazmaty; niekiedy, nad rozpaloną asfaltową facjatą o wygładzonej fakturze – rozedrganą fatamorganę, napływającą wrzącymi falami. Opuszczone fermy, wyprażone fasady, wyblakłe reklamowe fonty na frontonach, zetlałe firanki. Jakaś rozsłoneczniona fabryka, kompletnie zdezelowana, tu i tam zdarta do fundamentów, wielka jak foyer widmowej filharmonii; dawno już odgwizdano tu ostatni fajrant: wyłamane futryny, pordzewiałe blaszane falbany, wygrywające wietrzne furkoty. Kiedy ściemnieje, neonowe fajerwerki migają jak płonący fosfor. Ale potem, kiedy tylko błyśnie cała ta poranna fantazja, promienno-pylista, ukazuje się znowu skwarna federacja przywiędłej flory i rozleniwionej fauny.

 

Parkujesz obok przydrożnego fastfoodu, ozdobionego od frontu zdezelowanymi flamingami. Jakaś franczyza, Fatburger, mniej subtelnie się nie da. Rokokowe frakcje barwne z fêtes galantes Fragonarda: plastikowy framboise, lekkie fiołkowości, rozbielona fuksja. Festiwal nostalgicznych fiftisów. Tyle, że poprzegradzane jak się da – co by na to powiedział fachowiec od fengshui? Tak czy owak, natychmiast uderza cię fetor frytury, przenikający cię, konserwujący, jak formalina.

 

Wokół pousadzani zmęczeni frajerzy, pomarszczeni, złachani. Siedzą, garbiąc się, z przetłuszczonymi fryzurami, wyprani z wszelkiej życiowej frajdy. Krąży w nich wczorajszy alkoholowy fracht, ale dziś spokojnie: pogryzają fistaszki, pogrążeni we frasunkach. Dwaj powoli pochłaniają ciężkie fettuccine i filet rybny.

 

Dalej dwoje funkcjonariuszy FBI: zdają się sfatygowani, ona wzięła karmelowe frappucino, on landrynkową fantę. Kelneruje wielkozęba Faye; pogwizdując, krąży z filtrowaną, uśmiecha się. Flirt? Dużo powiedziane, ale funkcjonariusz przeczesuje fryz zlany fiksatuarem i uśmiecha się bardziej niż służbowo. Funkcjonariuszka milczy. Nie że fumy i fochy, ale dosysa frappucino z głośnym furkotem, jakby chciała odpędzić Faye, ale zarazem udać, że nie odpędza. Jakby samym tym ffffff mówiła jej zarazem: „franca” i „flądra”.

 

Są tu jednak jako federalni, a nie dla  frajdy – to przez facetkę i faceta siedzących fkącie. Ona – trochę jak ta fordanserka z filmu niemego (koniecznie z długą fifką), ale żadna femme fatale, zwykła flama, może ze skłonnością do fanaberii; on – nad fioletowym fularem fizjonomia folksdojcza (skąd taka w samym środku Florydy?) z dodatkowym felerkiem: brzydko gojącą się febrą. Znasz ten fason: podejrzane finanse, oszukiwanie fiskusa lewymi fakturami, może fałszowanie forsy. Frazy dla Falcone.

 

Czuć podskórnie naprężają się fibry, czuć ferment; on rozgląda się niespokojnie, ona marszczy się nerwowo jak spłoszona foka. Tamci podchodzą ich jak fachury, mimochodem, facet udaje, że zajmuje się usuwaniem jakiegoś farfocla z filiżanki, facetka głośno – i nie bez pewnej figlarności – trajkocze jakieś farmazony do felefonu, frazes za frazesem.

 

Zaczyna federalny, który wymierza solidną fangę, aż figuranta odgina nazad, a ponad fularem nabrzmiewa skórna fałda. Ale, filut, zna ten fach; szmyrgnął i wrócił do pionu jak feniks; równocześnie jego flama pokazała, że zna się na fechtunku – naprzód, wstecz, opiera się o filar, aż daje poznać swoją figurę prosto z fitnessu; federalny broni się przed nią jak fajtłapa z farsy. Ajjj, straszliwy faul! Aż zobaczył firmament. Ale wtedy wchodzi ta druga z frakcji policyjnej; miała farta: prosto we fiuta kopnęła frajera, że zawył falsetem (co powiedziałby na to Freud?). Jego flama spróbowała jakiejś fanfaronady, ale zamiast ustawić się frontem, dała się podejść od flanki. Może to fatum? Błysnęła finka, furiatka chciała wykonać efektowne fiknięcie, ale poniosła fiasko: okręciła się jak fryga, fizyka znów okazała się bezwzględna.

 

Bo to zaledwie fikcja, fantasmagorie rodzące się w podróżnym ferworze, obrazkowe flotylle przepływające przez imaginacyjne filtry, feeria pozornych faktów migająca w niezliczonych fasetach, wyblakłe faksymile. Lepisz te falsyfikaty z amerykańskich fobii, fetyszów, frustracji i fascynacji, a fiatr unosi fawałki folii; fozłosłe faktusy i fiórofusze falm fołyszą fię f fytm fodfóchóf fiafru.

 

Finał, finisz, fermata.

Jacek Dehnel