JASKRAWA SZAROŚĆ

Tytuł wystawy nie jest jedynie zręczną literacką formułą, która ma zachęcić odbiorców do przyjścia na wystawę. To też próba zwięzłego ujęcia paradoksów obecnych w malarstwach Olgi Pawłowskiej i Wiktora Jackowskiego. Oto bowiem stoimy przed obrazami, na których pozornie niewiele się dzieje. Opustoszały, zamglony stok narciarski. Emanujący czystym, oślepiającym światłem billboard pośrodku niczego. Odsunięte od stołu bezwiednym ruchem krzesło. Błysk flesza wywołany przez osoby robiące sobie zdjęcia w monotonnym krajobrazie. Pozornie nieistotne, niegodne uwagi malarskiej sceny.

​Tematycznie te obrazy sytuują się na obrzeżach percepcji naszego wzroku. Dzięki uwadze artystów wychodzą one jednak na pierwszy plan i ujawniają napięcie obecne pomiędzy błahością scenografii codzienności a otaczającymi je krajobrazami. Przez gradienty barw, zdecydowane pociągnięcia pędzla, rozlewające się plamy drzew, chmur, wody czy nieba przerzynają się bezlitosne i precyzyjnie skomponowane linie i kształty, które na pierwszy rzut oka są intruzami w tych nastrojowych światach. Kiedy przyjrzymy się im jednak bliżej, zauważymy, że stanowią ich immanentną część. Lampa zawieszona nad stołem czy barierka przesłaniająca refleksy na tafli morza wytrącają nas, widzów z kontemplacji niemal nokturnowych scen i osadzają w rzeczywistości. Te dwa porządki - naturalny i cywilizacyjny odpychają się i przyciągają jednocześnie, trwając w delikatnej równowadze, ale i napięciu. Pochłaniają naszą uwagę, zapraszając do studiowania tego przedziwnego układu.

​Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że obrazy obojga artystów są od siebie dość różne, chociażby na poziomie doboru palety barw. Olga Pawłowska zdecydowanie częściej sięga po ziemiste, popielate czy ołowiane tony, Wiktor Jackowski operuje z kolei wyrazistymi odcieniami błękitu, fioletu czy zieleni. Ale tak, jak nasz wzrok przyzwyczaja się do ciemności i zaczyna rozpoznawać ukryte w niej elementy, a w oślepiającym blasku dostrzec możemy z czasem konkretne kształty, tak w brunatnych szarościach Olgi Pawłowskiej zauważymy to, co ostre i przeszywające, a wokół jaskrawych linii Wiktora Jackowskiego to, co spokojne i bezkresne. Autorzy dbają przy tym, by nie były to obrazy katastroficzne, przygnębiające. Jaskrawa szarość wystawionych obrazów to nie jest lemowski glejak, pochłaniający wszystko w swoim zasięgu ocean ciemności. To życiodajna, tokarczukowska podszewka świata. To pierwsze minuty po zachodzie słońca. To chwila przed świtem.                                                                                                                                                        Kacper Białkowski